Nie znałem Go
O odwadze przyznania się do niewiedzy – i o Bogu, który przekracza nasze wyobrażenia
Jan Chrzciciel dwukrotnie powtarza w dzisiejszej Ewangelii zdanie, które powinno nas zatrzymać: „Ja Go przedtem nie znałem” (J 1,31.33).
To dziwne wyznanie. Według tradycji ewangelicznej Jan i Jezus byli spokrewnieni. Elżbieta, matka Jana, była krewną Maryi. Łukasz opisuje spotkanie obu matek, gdy były jeszcze w ciąży – i poruszenie dziecka w łonie Elżbiety na dźwięk głosu Maryi. Możemy więc założyć, że Jan i Jezus znali się od lat. Wspólne święta, rodzinne spotkania, być może wspólne pielgrzymki do Jerozolimy. Jan mógł o Jezusie opowiedzieć niejedną historię z dzieciństwa. A jednak mówi: „Nie znałem Go”.
Co takiego chce nam powiedzieć?
Eksperci od wszystkiego
W ubiegłym tygodniu uczestniczyłem w audycji „To jest temat” w Radiu Łódź – programie, w którym słuchacze mogą dzwonić i zabierać głos na żywo. Zadzwonił pan Zenon, który zaczął od tego, że ma bardzo dużo do powiedzenia na temat Kościoła, bo – jak wyjaśnił – „nabrał dużo praktyki”. Był z księżmi na ty, a nawet dzwonił dzwonkami na mszy, zna się na tym.
Nie oceniam pana Zenona. Każdy z nas może mieć podobne tendencje. Jego doświadczenie jest prawdziwe i ma swoją wartość. Ale ta wypowiedź uświadomiła mi coś o nas wszystkich. O tym, jak łatwo mylimy bliskość z poznaniem. Staż z głębią. Obecność z relacją.
Żyjemy w kulturze ekspertów. Media społecznościowe dają każdemu mikrofon – i każdy z niego korzysta. Na każdy temat. Polityka, medycyna, wychowanie dzieci, wiara. Wszędzie jesteśmy specjalistami. Trudno dziś powiedzieć publicznie: „nie wiem”, „nie znam się”, „szukam”. To brzmi jak słabość, jak przyznanie się do porażki. A przecież może to być początek mądrości.
Myślimy, że jeśli chodzimy do kościoła od dzieciństwa, to już „wiemy, o co chodzi”. Że jeśli znamy modlitwy na pamięć, to znamy Boga. Ale bliskość to nie to samo co relacja. Można mieszkać z kimś pod jednym dachem dwadzieścia lat i nagle usłyszeć: „Nie znam cię”. Można chodzić do kościoła całe życie i nie znać Boga.
Jan Chrzciciel to rozumiał.
Wyznać, że nie zna
Jan mógł powiedzieć inaczej. Mógł szczerze wyznać: „Znam Go – to mój krewny, widziałem Go wielokrotnie, znam Jego rodzinę”. I na pewnym poziomie, byłaby to prawda.
Ale Jan rozumie, że to poznanie „z widzenia”, poznanie naturalne, nie wystarczy. Że trzeba czegoś więcej. Dlatego nie konstruuje swojej wiedzy o Jezusie. Nie domyśla się, nie interpretuje na własną rękę. Czeka na znak. Patrzy uważnie.
Grecki czasownik, którego używa Jan – tetheamai – oznacza patrzenie kontemplatywne, coś jak medytacyjne wpatrywanie się. Nie rzut oka, ale skupioną uwagę. Dopiero gdy widzi Ducha zstępującego i spoczywającego na Jezusie – rozpoznaje. „Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym”.
To wymaga odwagi – powiedzieć „nie znam” właśnie wtedy, gdy inni zakładają, że powinieneś znać. Gdy jesteś prorokiem, gdy ludzie przychodzą do ciebie po odpowiedzi. Jan uczy nas, że prawdziwe poznanie zaczyna się od pokory. Od przyznania, że nasze dotychczasowe „znanie” może być niewystarczające.
Bóg szerszy niż wyobrażenia
A co Jan poznaje, gdy wreszcie „widzi”? Poznaje Jezusa jako „Baranka Bożego, który gładzi grzech świata”. Nie grzech Izraela – świata. Całego.
Dla pobożnego Żyda to musiała być rewolucja. Mesjasz miał wybawić Izraela, pokonać wrogów narodu, przywrócić królestwo Dawida – miał być dla „nas”. A tu okazuje się, że jest dla wszystkich. Izajasz w pierwszym czytaniu zapowiada to samo: „To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba... Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi”.
Bóg stale przekracza nasze ramy. Jest szerszy niż nasze wyobrażenia, głębszy niż nasze definicje.
Tymczasem my mamy tendencję odwrotną – zawężamy krąg zbawienia zamiast go poszerzać. Ta logika „ekspertów od zbawienia” przybiera różne oblicza. Czasem formę cichej wyższości wobec „tych innych” – tych, którzy „nie rozumieją”, „nie są z nami”. Czasem głośnych haseł – w każdym pokoleniu i w każdym kraju pojawiają się głosy dzielące ludzi na „prawdziwych wierzących” i resztę – które ostatnio słyszymy coraz częściej w przestrzeni publicznej, także z ust polityków, i które bywają podlewane sosem religijności.
Trudno nam choćby przyjąć, że Izrael pozostaje narodem wybranym – że to wybranie nie ustało. Że Bóg nie „przeniósł się” do nas, zostawiając tamtych za sobą. My, którzy lubimy myśleć o sobie jako o „przedmurzu chrześcijaństwa”, „Chrystusie narodów”, mamy skłonność do zawłaszczania Boga. Jakby był naszą własnością, a nie Panem wszystkich.
Dotyczy to oczywiście nie tylko stosunku do Żydów. Niechęć do jakiegokolwiek narodu, wyznania, grupy ludzi – to ta sama logika. Wiemy lepiej. Decydujemy za Boga. Zamykamy drzwi, które On chce otworzyć.
Wolność, nie niewola
Jak więc poznawać Boga, który przekracza nasze wyobrażenia? Jak wyjść z pułapki „eksperckości”?
Jan daje wskazówkę: wpatrywał się – kontemplatywnie, uważnie, bez pośpiechu. Nie konstruował wiedzy, ale czekał na objawienie. Był gotowy przyjąć to, co zobaczy – nawet jeśli to przewróci jego dotychczasowe wyobrażenia.
Psalm dzisiejszej liturgii podpowiada coś podobnego. Jeśli Jan pokazuje, jak patrzeć – kontemplatywnie, uważnie – to psalmista pokazuje, jak iść: „Przychodzę, Boże, pełnić Twoją wolę”. I dodaje coś zaskakującego: „Radością jest dla mnie pełnić Twoją wolę, mój Boże”.
To nie jest język niewolnika. To język kogoś, kto odkrył, że wola Boża prowadzi do życia. Posłuszeństwo wobec Boga nie jest niewolą – jest wolnością.
To właśnie niewola zamyka i ogranicza. Zamknięcie w własnych przekonaniach, własnych definicjach, własnej „wiedzy” o Bogu. Jeśli tkwimy w tym zamknięciu – nie otworzymy się ani na drugiego człowieka, ani na Boga samego.
Prawdziwe poznanie Boga wymaga wolności. Wolności od przymusu bycia ekspertem. Wolności do powiedzenia „nie wiem” – i pójścia dalej. To jest logika szukającego, nie posiadającego. Poznanie przez podążanie, nie przez kontrolę.
Jan czekał na znak. Psalmista przychodzi pełnić wolę. Obie postawy łączy otwartość. I obie prowadzą do spotkania.
W drodze
Potrzebujemy odwagi Jana. Odwagi, by powiedzieć: „Nie znam Go tak, jak mi się wydawało”. Świadomości, że wciąż się uczymy. Że jesteśmy w drodze, nie u celu. Że podążamy za Kimś, kto nas przerasta i zaskakuje.
Uczymy się pełnić wolę Boga – nie jako niewolnicy, ale jako ci, którzy odkrywają, że ta wola prowadzi do życia. Z radością, nie z przymusu.
Jan ujrzał Ducha i dał świadectwo. My też możemy ujrzeć. Ale to wymaga jednego: przyznać, że jeszcze nie wszystko widzimy.
ks. Arkadiusz Lechowski

