Dzisiejsza Ewangelia zaczyna się od zdania, które łatwo przeoczyć:
„Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei” (Mt 4, 12).
Jan Chrzciciel. Prorok znad Jordanu, w wielbłądziej skórze, żywiący się szarańczą i leśnym miodem. Człowiek pustyni i absolutnych wymagań. Jeszcze niedawno stał po kolana w wodzie i chrzcił tłumy. Wołał, że siekiera jest już przyłożona do korzenia drzew, że nadchodzi Ten, który oczyści świat. Że już zaraz wszystko się zmieni.
A teraz – więzienie Heroda w twierdzy Macheront. Mury. Cisza. Ciemność.
Pragnienie, które w nas siedzi
Jest w nas głębokie pragnienie, żeby wreszcie zbudować świat „jak trzeba”.
Wspólnotę czystą, prawdziwą, bez kompromisów. Taką, gdzie wszyscy myślą podobnie, wierzą tak samo, żyją według tych samych zasad. Gdzie „nasi” są w środku, a „obcy” na zewnątrz.
Można łatwo się przyłapać na marzeniu o Kościele, który wreszcie będzie miał wpływy, sojuszników przy władzy, ochronę przed sekularyzacją.
Tylko, że wówczas ktoś, kto wydaje się być „po naszej stronie” dochodzi do głosu i nagle widzimy, że traktuje wiarę instrumentalnie, że Bóg i religia są dla niego tylko narzędziem, do jego własnych celów. Narzędziem skutecznym, bo przecież wystarczy, że powie „Szczęść Boże” i już nie jest łatwo nam go krytykować. Bo wydaje się nam, że „broni wartości” i że przecież „jest z nami”.
Koryntianie
Paweł pisze do Koryntian.
Korynt – miasto, gdzie w porcie cumowały statki z całego świata, gdzie na ulicach słyszało się dziesiątki języków, gdzie obok siebie żyli Grecy, Rzymianie, Żydzi, wyzwoleńcy, kupcy i marynarze. Miasto handlu i przygodnych znajomości, nocnych lokali i świątyń pogańskich. Dziś powiedzielibyśmy: metropolia. Zabiegane ulice, neonowe szyldy, ludzie spieszący się do pracy, wieczorne knajpy i kluby, samotność w tłumie.
I tam – właśnie tam – Paweł założył wspólnotę wierzących w Chrystusa.
Ludzie po nawróceniu, po doświadczeniu Ducha, po charyzmatach. Powinni być wzorem. A są skłóceni.
„Ja jestem Pawła, ja Apollosa, ja Kefasa, ja Chrystusa” (1 Kor 1, 12).
Cztery frakcje. Każda przekonana, że broni prawdziwej wiary.
Paweł nie proponuje kompromisu. Pyta: „Czy Chrystus jest podzielony?” I przypomina, że jedynym fundamentem jedności jest krzyż – nie nasza mądrość, nie nasz program, nie nasza wizja świata uporządkowanego według naszych zasad.
Koryntianie chcieli być wspólnotą doskonałą. Skończyli jako wrogie stronnictwa.
A przecież właśnie do takiego miasta – pomieszanego, grzesznego, pogańskiego – Paweł przyniósł Ewangelię. Nie czekał, aż Korynt się oczyści. Wszedł tam ze światłem.
Dokąd idzie Jezus?
Jan w więzieniu. Co robi Jezus?
Mateusz pisze, że „usunął się do Galilei” i „zamieszkał w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego” (Mt 4, 13).
I tu zaczyna się zaskoczenie.
Jezus nie idzie do Jerozolimy – religijnego centrum, gdzie uczeni w Piśmie i kapłani strzegą czystości wiary. Nie idzie też na pustynię, gdzie asceci budują „prawdziwy Izrael” z dala od zepsutego świata.
Idzie na pogranicze. Między granice. Między ludy.
Mateusz cytuje Izajasza: „Galilea pogan” (Mt 4, 15). To nie przypadkowe określenie. Galilea leżała na szlaku handlowym Via Maris, łączącym Mezopotamię z Egiptem. Żydzi obok pogan, ortodoksi obok synkretystów, rybacy obok rzymskich żołnierzy. W oczach pobożnych z Judei – miejsce podejrzane, religijnie skażone.
Jezus wybiera właśnie to miejsce.
Wiara bez murów
Na tym polega różnica między sektą a chrześcijaństwem. Sekta buduje mury. Tworzy przestrzeń, gdzie wszyscy myślą podobnie, a wróg jest na zewnątrz. Chrześcijaństwo wchodzi w świat ze światłem. Do miast takich jak Korynt. Na pogranicza takie jak Galilea.
Izajasz prorokował: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką” (Iz 9, 1). Prorok nie obiecuje, że ciemność zniknie. Mówi, że w ciemności pojawia się światło.
Pokusa
Pokusa jest inna.
Gdy ktoś mówi językiem wiary, trudno go krytykować. Gdy powołuje się na Boga, na Kościół, na tradycję – a jednocześnie dzieli ludzi i buduje władzę na lęku – łatwo przymknąć oczy. Używa religii jako sztandaru, a my milczymy, bo nie chcemy wyjść na wrogów wiary.
Ale Jezus nie idzie tą drogą. Jezus potrafił wytknąć hipokryzję różnym stronnictwom religijno-politycznym. Sam również nie buduje własnej partii, która miała by być zalążkiem lepszego nowego świata. On idzie na pogranicze. Do rybaków pracujących z poganami. Do celników kolaborujących z Rzymem. Do grzeszników, którzy nie przeszliby żadnej weryfikacji „prawdziwej wiary”.
I stamtąd – z pogranicza, nie z pałacu – głosi: „Nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie” (Mt 4, 17).
Królestwo nie jest projektem politycznym. Nie jest programem partii. Nie nadchodzi przez wybory ani przez dekrety.
Królestwo jest światłem wchodzącym w ciemność.
Światło, które nie boi się ciemności
Psalm responsoryjny dzisiejszej liturgii to wyznanie kogoś, kto nie żyje w raju:
„Pan moim światłem i zbawieniem moim – kogóż mam się lękać?” (Ps 27, 1).
Psalmista mówi o wrogach, zagrożeniach, lęku. Nie opisuje świata idealnego. Opisuje świat trudny – i w tym świecie wyznaje ufność.
Nie mówi: „Pan sprawi, że wszyscy wokół mnie będą wierzący”. Mówi: „Pan jest moim światłem” – nawet jeśli wokół ciemność.
To jest wiara bez murów. Wiara, która nie potrzebuje enklawy, żeby przetrwać. Która nie potrzebuje władzy politycznej, żeby się obronić.
Pójdź za Mną
Jezus nad Jeziorem Galilejskim mówi do rybaków: „Pójdźcie za Mną” (Mt 4, 19).
Nie mówi: „Zbudujmy wspólnotę doskonałych, z dala od tego bałaganu”.
Mówi: „Pójdźcie za Mną”. W ten świat. Na to pogranicze – między kulturami, między ludami, między przekonaniami. Tam, gdzie żyją razem wierzący i niewierzący, pobożni i obojętni, święci i grzesznicy.
Jan Chrzciciel czekał na siekierę i ogień. Na królestwo, które zastąpi ten pomieszany świat czymś czystym i ostatecznym.
Jezus zrobił coś innego. Wszedł w ciemność i zapalił światło.
My też nie zmienimy świata w raj. Nie stworzymy idealnej wspólnoty.
Ale możemy nieść światło. Na pograniczu. W mieście takim jak Korynt. Wśród ludzi, z którymi się nie zgadzamy.
„Pan moim światłem i zbawieniem moim – kogóż mam się lękać?”
ks. Arkadiusz Lechowski


