Pierwsze słowo, jakie Bóg wypowiada na kartach Ewangelii Mateusza, to nie rozkaz, nie groźba, nie proklamacja. To prośba.
W lekcjonarzu mszalnym słyszymy: „Ustąp teraz”. Brzmi to dziwnie, niemal jak „zejdź mi z drogi”. Tymczasem greckie ἄφες ἄρτι można przetłumaczyć również jako „Pozwól teraz”. I kiedy tak to usłyszymy, odsłania się coś zdumiewającego – Bóg jest wszechmogący, a mimo to prosi. Mógłby rozkazać, mógłby wejść bez pytania, tymczasem czeka na zgodę człowieka.
Spodziewalibyśmy się czegoś innego. Jan Chrzciciel chwilę wcześniej grzmiał o siekierze przyłożonej do korzenia drzew, o ogniu i wiejadłe, o nadchodzącym sądzie. A tu przychodzi Ten, na którego Jan wskazywał, i pierwszą rzeczą, którą robi, jest właśnie to – prosi. O co właściwie prosi? O pozwolenie, żeby wejść do wody Jordanu, tej samej wody, w której Jan udzielał chrztu nawrócenia.
Jordan
Żeby zrozumieć wagę tej prośby, trzeba sobie uświadomić, czym był Jordan w tamtym momencie. Przychodzili tam ludzie z całej Judei i Jerozolimy, wyznawali swoje grzechy, zanurzali się w wodzie i odchodzili. Ta rzeka symbolicznie zbierała brudy całego Izraela.
Znamy to z codziennego doświadczenia. Woda, w której coś myjemy – naczynia, ubrania, siebie – po jakimś czasie staje się brudna, szara, mętna. Nie chcemy już jej dotykać.
I właśnie do takiej wody chciał wejść Chrystus. On, który nie potrzebował oczyszczenia. On, który nie miał z czego się obmywać. Wchodząc do tej wody, ryzykował, że się pobrudzi.
Jan widzi absurd tej sytuacji i protestuje: „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?” Mesjasz staje w kolejce z grzesznikami, Święty chce zanurzyć się w brudnej wodzie. To się nie mieści w głowie.
Bóg się nie brudzi
A jednak Chrystus chce tam wejść. I tu dotykamy czegoś ważnego: Bóg się nie brudzi.
Chrystus przez całą Ewangelię dotyka trędowatych i się nie zaraża. Je z grzesznikami i celnikami i się nie kala. Wchodzi do brudnej wody i pozostaje czysty. To jest tajemnica Wcielenia: Bóg wchodzi w naszą kondycję, nie tracąc siebie.
My często myślimy inaczej. Boimy się, że Bóg włoży na nas wymagania, prawo, krzyż, albo że nasze brudy Go odstraszą. Że jak zobaczy, co naprawdę w nas siedzi, to się wycofa. Że trzeba się najpierw oczyścić, doprowadzić życie do porządku, a dopiero potem przyjść do Boga.
A On chce wejść właśnie tam, gdzie jest brud. Nie czeka na porządek. Prosi o pozwolenie, żeby wejść teraz.
Różnica
Jest jednak zasadnicza różnica między tym, co robił Jan, a tym, co przynosi Jezus.
Jan chrzcił wodą. To był zewnętrzny znak pokuty, gest nawrócenia. Ludzie wchodzili do wody, obmywali się i wychodzili. Brud symbolicznie spływał, ale czy naprawdę znikał?
Jezus przynosi coś więcej. Nie chce tylko obmyć, On chce wymazać.
Plamę na ubraniu można próbować zakryć albo wyprać powierzchownie. Może jej już nie być widać, ale my wiemy, że tam gdzieś jest. Można jednak też wybielić ją tak, że zniknie całkowicie, jakby jej nigdy nie było.
Chrystus nie przychodzi zakrywać. Przychodzi wymazywać. Dlatego Jan zapowiadał, że Ten, który nadchodzi, będzie chrzcił „Duchem Świętym i ogniem”. Ogień nie myje. Ogień wypala, przemienia, oczyszcza do końca.
Syn umiłowany
Jezus wychodzi z wody. I dopiero wtedy, nie przed chrztem, nie w trakcie, ale właśnie po wyjściu z tej brudnej wody, rozlega się głos z nieba: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”.
Ta kolejność nie jest przypadkowa. Najpierw zanurzenie w wodzie grzeszników, potem słowo miłości od Ojca.
Chrystus wszedł do tej wody za nas i przed nami. Po to, żebyśmy i my mogli usłyszeć to samo. Bo w chrzcie chrześcijańskim nie chodzi tylko o obmycie. Chodzi o to, żebyśmy usłyszeli głos: „Jesteś moim dzieckiem umiłowanym, mam w tobie upodobanie”.
Nie dlatego, że na to zasłużyliśmy. Nie dlatego, że się wcześniej oczyściliśmy. Ale dlatego, że Chrystus pierwszy wszedł w nasz brud.
Przyjąć
Nie jest łatwo w to uwierzyć.
Grzech przysłania nam miłość Boga. Nie dlatego, że Bóg przestaje kochać, ale dlatego, że my przestajemy wierzyć, że można nas kochać. Wstydzimy się. Widzimy swoje brudy i myślimy, że najpierw trzeba je usunąć, a potem przyjść do Boga. Chcielibyśmy zasłużyć na miłość, zapracować na nią, pokazać, że już jesteśmy w porządku.
A Ewangelia mówi dokładnie odwrotnie. To nie my się oczyszczamy, żeby Bóg mógł nas pokochać. To Bóg wchodzi w nasz brud, żeby powiedzieć, że już jesteśmy kochani.
Pierwsze słowo Boga w Ewangelii to prośba. I ostatnie, w pewnym sensie, też. Bóg wszedł w nasz brud, żeby powiedzieć, że jesteśmy umiłowani. Nie czeka, aż się oczyścimy. Nie stawia warunków. Już jest w tej brudnej wodzie razem z nami.
I prosi tylko o jedno: żebyśmy uwierzyli, że ta miłość jest dla nas.
ks. Arkadiusz Lechowski


