Oddech. Robimy to około dwudziestu tysięcy razy dziennie — i prawie nigdy tego nie zauważamy. Oddychamy automatycznie, w tle, nieświadomie. Dopiero gdy czegoś zabraknie — powietrza, spokoju, tchu — nagle uświadamiamy sobie, że oddech w ogóle istnieje. Że jest. Że nas podtrzymuje.
Z Bogiem bywa podobnie. Pytamy „gdzie jesteś?” — ale zazwyczaj wtedy, gdy jest trudno. W kryzysie, w bólu, w rozpaczy szukamy Go gorączkowo, domagamy się znaku, odpowiedzi, ratunku. A w zwyczajnym dniu? Wydaje się tak oczywisty, że Go nie zauważamy. Jak powietrze, o którym nie myślimy, dopóki go nie zabraknie.
W 1999 roku psychologowie Daniel Simons i Christopher Chabris z Harvardu przeprowadzili dzisiaj już dobrze znany eksperyment, który stał się klasykiem badań nad uwagą. Uczestnicy oglądali nagranie rozgrywki w koszykówkę — dwie grupy osób, jedna w białych, druga w czarnych koszulkach, podawały sobie piłkę. Zadanie wydawało się proste: policzyć, ile razy piłka przechodzi między graczami w białych koszulkach. W pewnym momencie przez środek kadru przeszła osoba przebrana za goryla. Zatrzymała się, uderzyła w pierś, poszła dalej. Była widoczna przez dziewięć sekund. Około połowa uczestników jej nie zauważyła. Byli tak skupieni na liczeniu, że przeoczyli coś oczywistego.
Z Bogiem jest jeszcze ciekawiej. On nie tylko przechodzi przez kadr niezauważony — jak goryl wyróżniający się wśród graczy. On stał się jednym z rozgrywających. Wygląda jak pozostali, jest wtopiony w grę. A może jeszcze bliżej: jest jak powietrze wypełniające halę sportową — to, którym wszyscy gracze oddychają, w którym są zanurzeni, ale którego nie widzą.
Tak blisko, że niewidzialny
Prolog Ewangelii Jana mówi: „Przyszło do swoich, a swoi Go nie przyjęli” (J 1,11). Był pośrodku nich — a oni patrzyli gdzie indziej. Szukali Mesjasza w błyskawicach i znakach, a On stał w tłumie, niepozorny, podobny do reszty.
Jan używa zaskakującego słowa. Pisze, że Słowo „zamieszkało” między nami — ale greckie eskēnōsen znaczy dosłownie „rozbiło namiot”. Dla współczesnego czytelnika to może brzmieć jedynie tylko poetycko. Dla Żyda pierwszego wieku brzmiało bardzo konkretnie.
Namiot Spotkania — ohel moed — był przenośną świątynią Izraelitów wędrujących przez pustynię. Tam Bóg był obecny pośród ludu. Nie w pałacu, nie w budowli z kamienia — w konstrukcji z płótna i skór, którą można zwinąć i nieść dalej. Bóg szedł razem z nimi, rozbijał namiot tam, gdzie oni rozbijali obóz.
Ale Izraelici też mieszkali w namiotach. Setki namiotów, jeden obok drugiego. Jak rozpoznać ten właściwy? Łatwo przejść obok i nie zauważyć. Albo — co jeszcze bardziej zdumiewające — nie rozpoznać, że to nasz własny namiot jest miejscem Jego obecności. Że On nie czeka gdzieś osobno, ale zamieszkał w tym samym, zwykłym życiu, które prowadzimy.
Już Księga Syracydesa mówiła o Mądrości Bożej, która „rozbiła namiot w Jakubie” i „w Izraelu otrzymała dziedzictwo” (Syr 24,8). Jan świadomie nawiązuje do tej tradycji. Słowo — Logos — robi to samo, co Mądrość: zamieszkuje pośród ludzi. Ale teraz idzie dalej. Staje się jednym z nich. Ciałem. Człowiekiem. Tak bliskim, że można Go przeoczyć.
Słowo, które tchnie
Kim jest ten, który rozbił namiot pośrodku naszego życia? Prolog Janowy nie pozostawia wątpliwości: Logos — Słowo, które „było na początku”, przez które „wszystko się stało” (J 1,1-3).
W greckim myśleniu logos to nie tylko „słowo” w sensie mowy. To zasada, porządek, sens rzeczywistości. Ale Jan jest Żydem i myśli Biblią. W Księdze Rodzaju Bóg stwarza przez słowo: „Bóg rzekł — i stało się”. Słowo nie jest tylko dźwiękiem. Jest mocą, która powołuje do istnienia.
Ale jest jeszcze coś istotnego. Gdy Bóg stwarza człowieka, nie tylko mówi — tchnie. „Pan Bóg tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą” (Rdz 2,7). Słowo stwarza, tchnienie ożywia. Jedno i drugie pochodzi od tego samego Boga.
W hebrajskim „duch” to ruah — słowo, które oznacza jednocześnie wiatr, tchnienie i oddech. To nie przypadek. Dla Biblii życie i oddech są nierozdzielne. Gdy Bóg daje ruah, człowiek żyje. Gdy ruah odchodzi, człowiek umiera. Oddech jest życiem — i w oddechu możemy spotkać Ducha Bożego, Jego własne życie, które nam użycza.
To nie metafora. To dosłowność, która powinna zatrzymać. Każdy wdech jest echem tego pierwszego tchnienia. Bóg nie jest gdzieś daleko, w zaświatach, do których trzeba się przebijać przez warstwy rytuałów i zasług. Jest bliżej niż oddech — bo podtrzymuje nas w istnieniu w sposób tak podstawowy, że tego nie zauważamy. Jak powietrze wypełniające halę, w której toczy się gra naszego życia.
A my? Oddychamy automatycznie. Biegniemy, planujemy, zabiegamy. Oddech dzieje się w tle — i Bóg razem z nim.
Zatrzymać się, żeby zobaczyć
Jan wprowadza wyraźny podział: jedni „nie przyjęli”, inni „przyjęli” (J 1,11-12). Różnica nie polega na wiedzy teologicznej ani na moralnej doskonałości. Polega na rozpoznaniu. A rozpoznanie wymaga pewnego rodzaju uwagi.
Trudno rozpoznać kogoś, kogo się nie zauważyło. Trudno przyjąć Obecność, gdy dzień jest wypełniony po brzegi — projektami do ukończenia, mailami do odpisania, celami do osiągnięcia, listami zadań do odhaczenia. Sukcesy do zdobycia, porażki do przeżycia, plany do zrealizowania. Jesteśmy skazani na zadania i projekty. Biegniemy od jednego do drugiego, a pomiędzy nimi — jeśli w ogóle — zostaje chwila na złapanie oddechu. I nawet wtedy często nie oddychamy świadomie. Tylko łapiemy powietrze, żeby biec dalej.
Pośpiech jest wrogiem rozpoznania. Nie dlatego, że Bóg ucieka przed pośpiechem — On jest, cały czas. Ale my nie mamy oczu, żeby Go zobaczyć, gdy biegniemy. Jak uczestnicy eksperymentu Simonsa i Chabrisa — tak skupieni na liczeniu, że nie widzą goryla przechodzącego przez kadr. My tak skupieni na realizowaniu, że nie widzimy Obecności.
Może dlatego tradycja duchowa — od mnichów pustyni po współczesnych mistrzów — wraca do oddechu. Nie jako do techniki relaksacyjnej, ale jako do miejsca spotkania. Świadomy oddech to moment zatrzymania. Chwila, w której przestajemy biec i zauważamy, że jesteśmy podtrzymywani. Że życie nie zależy od naszego wysiłku — jest darem, który w tej chwili otrzymujemy. Że ruah — Duch — jest w nas i wokół nas, bliżej niż myśleliśmy.
W tym zatrzymaniu może pojawić się rozpoznanie. Nie jako błyskawica — raczej jako ciche „ach, jesteś”. Bóg nie krzyczy. Nie domaga się uwagi. Czeka w ciszy naszego oddechu.
Dzieci tego samego Ojca
Jan pisze, że tym, którzy Go przyjęli, Słowo „dało moc stać się dziećmi Bożymi” (J 1,12). To nie pobożna metafora. Synostwo oznacza coś konkretnego: udział w relacji, którą Jezus ma z Ojcem.
Paweł w Liście do Efezjan idzie jeszcze dalej. Pisze, że Bóg „wybrał nas w Chrystusie przed założeniem świata” (Ef 1,4). Zanim cokolwiek się zaczęło — zanim powstał świat, zanim urodził się człowiek, zanim pojawił się pierwszy oddech — Bóg już nas wybrał. Relacja z Ojcem nie jest naszym osiągnięciem. Nie jest nagrodą za dobre zachowanie. Jest darem, który nas poprzedza. Zostaliśmy wybrani, zanim mogliśmy cokolwiek zrobić, żeby na to zasłużyć.
Tu trzeba dużej precyzji, gdyż słowo „ojciec” niesie różne skojarzenia. Nasze ludzkie relacje — rodzicielskie, małżeńskie, przyjacielskie — nawet te najlepsze, przepełnione miłością, nie są doskonałe. Noszą w sobie zranienia, nieporozumienia, niedopowiedzenia. Kochamy i ranimy jednocześnie. Jesteśmy kochani i zranieni. To nie znaczy, że te relacje są złe — znaczy, że są ludzkie.
Dlatego Jezus nie mówi: „patrz na swojego ojca i tak wyobraź sobie Boga”. Mówi coś innego: „patrz na moją relację z Ojcem — i wejdź w nią”. W modlitwie Jezusa słowo „Ojcze” — Abba — nie jest tytułem dystansu. Jest słowem bliskości, zaufania, czułości. To relacja, w której nie trzeba niczego udowadniać. Można po prostu być — oddychać — i wiedzieć, że jest się przyjętym.
Przyjęcie Słowa — Jezusa — otwiera dostęp do tej relacji. Nie przez wysiłek, nie przez zasługi — przez zgodę na bycie dzieckiem. Wchodzimy w relację Syna z Ojcem, w miłość, która krąży w Trójcy. To nie jest osłabienie. To wyzwolenie. Bo jeśli jestem dzieckiem Ojca — wybranym przed założeniem świata — to życie nie jest chaotycznym ciągiem zdarzeń do opanowania. Jest przestrzenią, w której ktoś mnie trzyma. Jak oddech, który trwa, nawet gdy o nim nie myślę.
Smakować dzień
Nie trzeba Go poszukiwać. On już tu jest. Bliżej niż oddech. W każdym wdechu, w każdej chwili, w każdym zwykłym momencie, który tak łatwo przeoczyć.
Może chodzi o coś prostego. O smakowanie tego dnia — tego jednego, który mamy — ze świadomością, że Bóg jest. Że namiot jest rozbity. Że ruah — Duch — tchnie w nas życie. Że jesteśmy dziećmi Ojca, wybranymi przed założeniem świata.
Tradycja medytacji chrześcijańskiej zna prosty sposób wejścia w tę świadomość. Oddech połączony ze słowem. Wdech — i imię Jezusa. Wydech — i prośba: „daj mi Ciebie rozpoznać”. Albo jeszcze prościej: wdech — „Jezu”, wydech — „jestem”. To nie jest technika. To zaproszenie do obecności. Do zatrzymania się w biegu i zauważenia Tego, który jest — choć Go nie widzimy.
Jeśli coś się w nas zmieni — jeśli choć na chwilę się zatrzymamy, odetchniemy świadomie, przestaniemy biec — może wreszcie Go dojrzymy. Nie dlatego, że On się wtedy pojawi. On jest, cały czas. Ale jeśli się zatrzymamy — może nasze oczy się otworzą.
Namiot stoi. Oddech trwa. Ojciec czeka.
ks. Arkadiusz Lechowski


